0

Wakacje nad morzem

Wróciliśmy z wakacji nad morzem. Naszym morzem bałtyckim, o którym ciągle głośno w mediach, na forach. Ludzie ciąąąągle narzekają na Bałtyk. Bo drogo, bo pada, bo zimno, bo głośno, bo tłum… Tak jakby w innych częściach świata na plażach i w miejscach atrakcyjnych turystycznie było bezludnie.

68258225_525732488188666_2090266634848567296_n.jpg

Jedzenie nad morzem

Ludzie narzekają, że nad morzem jest drogie jedzenie – jakby nigdy nie wychodzili do baru czy restauracji na obiad w swoich miastach – bo ceny posiłków nad morzem są dokładnie takie same jak te, które widzimy u siebie na Mazowszu, które obserwujemy w Małopolsce, Lubelskim i na Podkarpaciu. Dotyczy to zarówno obiadów jak i deserów – ciast, lodów i gofrów.

38430052_1922861301113169_1172572062317805568_n.jpg

Być może drożej wychodzi ryba na wagę – nie wiemy, bo w sumie nigdy nie kupowaliśmy. Zawsze kupujemy rybę w zestawach obiadowych i te polecamy jak ktoś nie lubi niespodzianki pt. „50 zł za kawałek ryby”. Nasze obiady składające się z pysznej, domowej i bogatej w warzywa zupy oraz drugiego dania mięsnego lub rybnego z ziemniakami/frytkami i surówką nie przekraczały na osobę 24 zł. Kupowaliśmy zawsze dwie porcje, bo tata M. zup nie je, a dla mamy M. drugie danie zawsze było zbyt duże, więc M. jadła zupę taty i połowę drugiego dania mamy, a i tak ledwo dawała radę zmieścić to w swoim czteroletnim brzuszku. Zwłaszcza, że później szło się na lody (gałka 3,00-3,50 zł, z maszyny od 4,00-8,00 zł) lub gofry z bitą śmietaną i owocami (9,00-12,00 zł). Takie same ceny jedzenia są wszędzie, gdzie bywamy.

W sumie nie wiemy ile kosztuje piwo „na mieście”, bo nie jesteśmy wielkimi smakoszami. Kupowaliśmy sobie na plażę jedną puszkę smakowego Sommersby w dyskoncie lub innym sklepie i to nam wystarczało poza wodą, a wieczorem woleliśmy napić się po lampce wina – też z dyskontu lub sklepu, w pokoju, na balkonie albo na plaży. Grzecznie, kulturalnie – w końcu z dzieckiem byliśmy, a chcemy dawać M. dobre wzorce pokazując, że alkohol jest, istnieje, jest dla ludzi, ale trzeba potrafić z niego korzystać.

Zakwaterowanie nad morzem

Wiele osób patrzy na nas ze zdziwieniem jak mówimy, że jedziemy na polskie morze na dwa tygodnie m.in. ze względu na ceny noclegów. Sprawdziliśmy w tym roku z ciekawości hotele… Cieszymy się, że wolimy kwatery prywatne 🙂 Jest ich o wiele więcej, zwykle mają standardy hotelowe – pokoje ładne, czyste, eleganckie, z łazienką, czajnikiem, lodówką, balkonem itp. A ceny znaaaacznie niższe niż w hotelu. Gybyśmy mieli zapłacić jak w hotelu 500 zł za pokój basic lub więcej za pokój z większymi wygodami, to na dwa tygodnie nie pojechalibyśmy…

My mamy trzy sprawdzone kwatery prywatne i jak zbliża się marzec to rezerwujemy sobie pokój na wakacje 🙂 W tym roku mieliśmy pokój, z którego mieliśmy widok na Zatokę Pucką! Pięęękny 🙂 A płaciliśmy za trzy osoby 150 zł za dobę. Mieliśmy w pokoju łazienkę i wszystko co potrzebne. Do dyspozycji mieliśmy też kuchnię na dole obiektu, ogród z altaną i grillem, dużą salę do zabaw z dzieckiem. Czegóż chcieć więcej? Skoro i tak większość czasu spędza się „w terenie”?

Pogoda nad morzem

Że pada? Lipiec to najbardziej mokry i burzowy miesiąc w roku w Polsce. Urlop wtedy nie może być pogodny – chyba, że gdzieś za granicą, choć i na południu Europy w tym roku, w lipcu ludziom pogoda płatała figla. Zimno? Rok temu mieliśmy nad Bałtykiem dwa tygodnie upałów ponad 30 stopni. Było straaaasznie gorąco. Do 1.00 w nocy siedzieliśmy noc w noc na balkonie żeby trochę schłodzić się i odpocząć.

W tym roku mieliśmy typową, bałtycką pogodę, czyli cuuudowną! Słonko, trochę chmur i temperatura 20-25 stopni! Człowiek nie czuje, że się opala, a opala się pięknie bez zmęczenia i lania potu. Piękne zachody słońca, które trzeba było oglądać z bluzą pod ręką, bo robiło się chłodno, ale… To jest właśnie to, co lubimy 🙂 To jest charakter morza bałtyckiego.

67871550_518881882183029_5598666303297552384_n.jpg

W ciągu dwóch tygodni mieliśmy dwa pochmurne dni, w tym jeden z deszczem, który trwał ok. 30 minut. I taką pogodę mamy w zasadzie zawsze odpoczywając nad Bałtykiem, a te pochmurne dni są nam potrzebne, bo wtedy wyjątkowo rezygnujemy z plaży i mamy okazję wybrać się gdzieś dalej, zobaczyć coś nowego 😉

Że zimne morze? Bałtyk mało kiedy bywa tak zimny jak kiedyś. Średnia temperatura to było 18 stopni. Przy temperaturze powierza ok. 20 stopni to nie jest duża różnica i swobodnie można sobie po wodzie chodzić i bawić się w niej. Oczywiście z głową… W tym roku mieliśmy szczęście, bo mieliśmy kilka dni pięknej pogody bez wiatru prawie, a z pięknymi, wielkimi falami. Oczywiście wtedy była czerwona flaga i zakaz kąpieli, ale te widoki wzburzonego morza skąpanego w słońcu są więcej warte niż kąpiel w morzu, a przecież na plaży można robić wiele innych rzeczy.

Puste plaże w tłocznych kurortach

Opalaliśmy się i bawiliśmy się bez tłumów, choć byliśmy we Władysławowie. Nasze priorytety są jasne. Chcemy iść na plażę, gdzie nie martwimy się hałasem ludzi i tłumem, z rana zamiast szybko położyć się za parawanem wolimy zrobić sobie po śniadaniu dłuższy spacer i dzięki temu mieliśmy zdrowe i spokojne wakacje. Każdego dnia plaża, na której dookoła nas, w dużych odległościach było może 10 parawanów. Słuchaliśmy szumu fal, pisku mew, puszczaliśmy latawce, budowaliśmy zamki z piasku, baseny, graliśmy w piłkę w wodzie i na plaży, ganialiśmy bez przeszkód. W sumie nie było czasu na leżenie 😉 A wszystko to bez stresu, że ktoś nam coś ukradnie, że na kogoś wpadniemy, komuś zrobimy krzywdę, że dziecko gdzieś się zgubi. Nie było szans na nic z tych rzeczy – plaża była prawie wyłącznie nasza – wielka, szeroka, piękna, czysta i cicha… Zarówno na miejscu – we Władysławowie jak i w Juracie czy Helu, bo w ciągu tych dwóch tygodni robiliśmy sobie też wycieczki piesze i pociągiem po okolicy. Każdego dnia robiliśmy przynajmniej 15 km pieszo, a jednego dnia dotarliśmy spacerem na koniec Juraty 🙂

67667469_2133827756910649_8996714303268585472_n.jpg

Towarzyszył nam zawsze wózek rzecz jasna, który dzielnie dźwigał nasze toboły plażowe, ciuchy na zmianę, zabawki M. na plażę, piłkę (którą pierwszego dnia kupiliśmy za 1 zł żeby ją bez żalu później zostawić, ale stała się miłością życia M., więc wróciła z nami 😉 ).

Kicz i kebabownia

Trzeba tu podkreślić, że krajobraz Władysławowa zmienia się. Jeździmy tam regularnie, więc obserwujemy co się tam dzieje. Władysławowo coraz bardziej ogranicza „stragany”. Jest ich coraz mniej. Oczywiście nadal są. Można kupić w nich wszystko za złotówkę lub niewiele więcej, ale to plus, bo jak czegoś potrzebujesz nagle to kupujesz bez żalu.

Są namioty z wyprzedażami sieciówek i to też plus, bo zawsze można w nich znaleźć coś ciekawego dla siebie, dla dziecka. Masa pamiątek, ale i miejsca, gdzie można spotkać artystów, którzy robią coś specjalnie dla Ciebie albo po prostu dzielą się swoim talentem.

Sporo budek z kebabem. Hmmm. Fakt. Tata M. nawet z tego się śmiał. Do czasu… Naszej wizyty w Juracie, gdzie chciał akurat zjeść kebaba i nigdzie go nie znalazł. Poszliśmy więc do Jastarni, gdzie nie było łatwiej dostać tego konkretnego fast-fooda, a we wszystkich punktach z gastronomią były mega kolejki i spore braki w menu. Wtedy tata M. zrozumiał po co te wszystkie sezonowe budki z jedzeniem i smażalnie we Władku…

Rowery nad morzem

Nad morzem można też jeździć na rowerach. Trasy rowerowe są cudownie rozbudowane i prowadzą przez dziesiątki kilometrów. POOOOLECAMY!!! Możecie wziąć własne rowery albo je wypożyczyć na miejscu. W prywatnych wypożyczalniach rower na dobę kosztuje 35-45 zł. Są też takie z fotelikami i przyczepkami dla dzieci.

Tańszą opcją są rowery miejskie we Władysławowie. Za 50 zł można jeździć pięć dni w tygodniu przez 300 minut dziennie. W dodatku rowery te mają napęd elektryczny w razie potrzeby 🙂 Minusem jednak jest to, że nie mają fotelików i nie bardzo jak jest je zamontować.

Gokarty, statki i inne atrakcje

Będąc nad morzem warto wybrać się na rejs statkiem. Można też, jak ktoś lubi, popłynąć szybką motorówką… My wolimy statek. Zdecydowanie. M. miała też inne atrakcje – jazdę gokartami, zabawę w „Sowiński Lunapark” – przeczytaliśmy o nim złych opinii, że drogo, że stare itp. Poszliśmy przekonać się sami. Ceny jak na przeciętnym wesołym miasteczku od 8-14 zł za bilet na atrakcje. Masa urządzeń, karuzel dla najmłodszych i dla starszych, a do tego zamki strachu, trampoliny, wystawa zwierzaków z bajek. Na M. miejsce to zrobiło duże wrażenie 🙂 My nie zauważyliśmy tam nic negatywnego. Jedyna rzecz, która nas rozbawiła to były rowery wodne za 10 zł bodajże na 5 minut pływania. To trochę przesada akurat 😉

W Jastarni były też samochody elektryczne, ale nie skorzystaliśmy z nich. Atrakcją dla M. była też jazda pociągami. Tanie, szybkie przejazdy. Nasz samochód stał na parkingu od naszego przyjazdu do wyjazdu 🙂 Opalał się i odpoczywał. Poza tym we Władysławowie jest kilka dobrze zorganizowanych, nowych placów zabaw, które same w sobie również były atrakcją. No i KONCERTYY!!!! Byliśmy na koncercie muzyki filmowej Krzesimira Dębskiego z kwartetem smyczkowym i na koncecie Grzegorza Hyżego. Oba niezwykłe choć zupełnie inne.

Kolejne miejsce obowiązkowe właściwie codziennie to był port we Władysławowie. Każdy spacer musiał mieć na trasie port. Uwielbia go M. i my. W sumie nie wiemy do końca dlaczego, ale tak już mamy. A ten port ma sobie „coś” i jest wyjątkowy z jakiegoś magicznego powodu na tle innych.  Tak jak i w tamtym roku, byliśmy na wieży widokowej Domu Rybaka. Warto sobie tam wejść, popatrzeć na okolicę z innej perspektywy. Zwłaszcza tuż przed zachodem słońca 🙂

68808121_2202741309835466_9209650282063986688_n.jpg

Na podziwianie z góry mieliśmy też nadzieję wchodząc na latarnię morską w Helu, ale akurat to miejsce nas rozczarowało. Weszliśmy na górę, było gorąco, duszno, miejsca na góra pięć osób i w dodatku wszystko oszklone. Latarnie na Rozewiu czy w Niechorzu są dużo ciekawsze.

Co jeszcze? Wracając do domu, na koniec morskich wakacji, pojechaliśmy do ZOO w Gdańsku. Spędziliśmy w nim sześć godzin. M. chciała kupić sobie pingwina, surygatkę i małpę od dyrekcji ZOO. Ale okazało się, że nie sprzedają zwierząt… 😉 Jeśli będziecie w okolicy, to polecamy Wam wycieczkę do ZOO, ale zarezerwujcie sobie przynajmniej pięć, szczęść godzin. Tego miejsca nie ma sensu na szybko zwiedzać, a jest piękne! Na zmęczonych czekają strefy odpoczynku, ławeczki, wodospad itp. A jak zgłodniejecie to można zjeść tam obiad i coś na słodko.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Reklamy
0

Blogosfera Canpol Babies

Niestety… W poprzednim miesiącu nie udało nam się dostać do Blogosfery Canpol Babies. Nie mogliśmy zorganizować dla Was konkursu, ale nie poddajemy się i w tym miesiącu też startujemy!

Trzymajcie kciuki, bo tym razem do wygrania będzie coś bardzo praktycznego i dla dziecka, i dla rodziców 🙂

Ta dam!

blogosfera

Cudowny! Mama M. uwielbia plecaki, a Wy?

My na przełomie lipca i sierpnia będziemy plażować się na urlopie nad morzem, ale już wiemy, jakie będzie zadanie dla Was w tym konkursie – jeśli go dostaniemy do zorganizowania. A mamy na to wieeeelką nadzieję 🙂

Trzymajcie się i kciuki za nas! Zarówno pod kątem konkursu jaki i… czekającego nas dzisiaj pakowania, bo to naprawdę trudna sprawa 😉

logo1

0

Domowe jagodzianki

Lubicie jagodzianki?

My uwielbiamy! A te najlepsze z cukierni znikają błyskawicznie. Mama M. z tego powodu postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Dosłownie. I upiekła własne drożdżowe jagodzianki. Wygląda na to, że jest to przepis, którego nie da się zepsuć, bo wyszły idealnie 🙂

67136164_2465112983554662_7811976557106298880_o

Składniki:

1 kg pszennej mąki
6 żółtek
20 dag masła
5 dag drożdży
1 szklanka cukru
1,5 szklanki mleka
opakowanie cukru waniliowego
szczypta soli
nadzienie: 
jogody
cukier puder
do posmarowania: 
4 łyżki mleka i jajko rozbełtane

Przygotowanie:

  1. Rozetrzyj drożdże z łyżką cukru, dodaj 4 łyżki mleka, odstaw w ciepłe miejsce na ok. 10 minut.
  2. Pozostałe mleko wlej do rondelka, dodaj masło, postaw na małym ogniu i doprowadź do rozpuszczenia masła. Odstaw do przestudzenia.
  3. Mąkę z solą wsyp do dużej miski, dodaj mleko z masłem, cukier, wyrośnięte drożdże, żółtka i cukier waniliowy. Dokładnie wymieszaj.
  4. Przykryj ściereczką i odstaw na 15 minut.
  5. Wyjmij ciasto na wysypaną mąką stolnicę. Wyrabiaj przez chwilę. Miskę obsyp mąką w środku, włóż ciasto (może się trochę kleić do rąk) uformowane w kulę, przykryj ściereczką, odstaw w ciepłe miejsce do podwojenia objętości (40-60 minut).
  6. Wyrośnięte ciasto porcjami przekładaj na stolnicę wysypaną znowu mąką. Z każdej części uformuj wałek, pokrój go na kilka plastrów. Uformuj z nich placki o średnicy około 12-14 cm, nakładaj na każdy porcję jagód, posyp je cukrem pudrem, zwiń i uformuj bułeczkę.
  7. Układaj bułeczki miejscem sklejenia do dołu na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.
  8. Odstaw na 15 minut i nagrzej piekarnik do 180 stopni.
  9. Podrośnięte jagodzianki posmaruj mlekiem z jajkiem i wstaw do gorącego piekarnika. Piecz około 12-15 minut, aż ładnie się zrumienią (ostatnie 5 minut warto włączyć „dmuchawę”). Można smarować bułeczki samym mlekiem, ale wtedy nie błyszczą się i są bardziej suche.
  10. Upieczone jagodzianki odstaw do przestudzenia.

Na posmarowane bułeczki przed pieczeniem, można sypnąć jeszcze np. mak, ale mi nie udało się go kupić, więc mam bez maku. Jak ktoś lubi może oblać je lukrem, obsypać cukrem albo cukrem pudrem lub kruszonką. My lubimy mocno nadziane jagodzianki, więc wkładaliśmy czubatą, dużą łyżkę jagód do każdej bułeczki.

67174127_599929527077502_2399553960047280128_n

0

Magiczne Ogrody

Byliście już w Magicznych Ogrodach? Jeśli nie, to koniecznie wybierzcie się, bo to świetne miejsce dla całej rodziny. Najlepiej na cały dzień 10.00-19.00. Byliśmy tam w miniony weekend. M. wybawiła się tak bardzo, że stwierdziła, że póki co odpuszcza sobie wyjazd do parku z Pszczółką Mają, bo zbyt bardzo zmęczyła się tymi zabawami 😉

67642724_736503840106065_1264281111714856960_n

Magiczne Ogrody to park zabaw położony niedaleko Puław i Kazimierza Dolnego, w Janowcu. Znajdziecie tam sporo atrakcji i animacje dla dzieci przez cały dzień. To ciekawe miejsca takie jak stara osada, w której można cofnąć się w czasie zjeżdżając na mega zjeżdżalni, huśtając się na huśtawkach w kształcie drewnianych łódek, na karuzelach z drewna napędzanych siłą mięśni rodziców albo strzelając piłeczkami z kuszy. Są pokazy rycerskie i szkolenia dla dzieci organizowane przez rycerzy, place zabaw i park linowy bez ograniczeń wiekowych.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Osada jest w zasadzie na samym końcu. Sąsiaduje z plażą z leżakami, gdzie można odpoczywać do woli i jeziorkiem, w którym chętnie kąpią się dzieci. Kawałek dalej słodkie dinusie i karuzela z grubej liny, a z nimi sąsiaduje wejście do najmroczniejszej części Ogrodów, gdzie można zobaczyć smoka! Strachliwym dzieciom odradzamy. Wejście jest od 6 roku życia, ale rodzice mogą wprowadzić też na własną odpowiedzialność dzieci młodsze. My skorzystaliśmy z tej opcji. Nasza M. podeszła do tego miejsca bardzo zdrowo. Wszystko co widziała kwitowała: „to taka lalka tylko, prawda?” W istocie tak było, ale inne dzieci bały się, płakały, chciały uciekać. M. dała się nastraszyć dopiero wielkiemu smokowi na samym końcu trasy, ale było to do opanowania.

67478499_462371807931212_3852073932043583488_n.jpg

Idąc dalej, od tyłu… Dochodzimy do strefy ze sklepem z pamiątkami, dużą restauracją, sceną, na której odbywają się pokazy i mega wielkim parkiem linowym nad nimi. Poniżej znajdują się podziemne tunele, do których wchodzi się przez konary drzew. Jest w nich bardzo ciemno i… Najlepiej wchodzić tam z rodzicem i latarką. W czasie naszej wizyty jedno dziecko, które poszło tam samo, zginęło. Lepiej dzieciaków samych tam nie puszczać, bo jest kilka dróg, którymi można wejść i wyjść i można się pogubić.

Dalej mamy marchewkowe pole, a obok niego altankę, gdzie Bulwiaki prowadzą warsztaty kulinarne.

67313181_1354058434750137_9081591872173899776_n

Z drugiej strony jeździ kolejka odkrywająca tajemnice osady krasnoludków. Trzeba stać do niej w dość długiej kolejce, bo to jedna z fajniejszych atrakcji, ale warto. W międzyczasie można wejść do kilku domków krasnoludków i zwiedzić je. A jeśli komuś bardzo gorąco, może schłodzić się w wodzie. Po drodze tutaj można zobaczyć magiczne drzewa, które mruczą i otwierają lub zamykają oczy. Podobne do tych z gumisiowego lasu.

67615254_2297140703859084_1394270865318739968_n

Stąd można iść prosto do Zamku Wróżek, gdzie kilka razy dziennie odbywają się bale albo pójść okrężną drogą i tą Wam polecamy. Przechodzi się przez różany ogród, egzotyczną skałkę z wodospadem i … wychodzi się przy zbiorniku wodnym z fontanną, po którym pływa się tratwami. Super zabawa – polecamy. Spędziliśmy tam sporo czasu. Ostrzegamy tylko przed pływaniem blisko fontanny – to może skończyć się obfitym prysznicem i koniecznością zmiany ubrania.

67214011_465175424297604_4506764447036997632_n

Wszelkiej maści pokazy i zabawy odbywają się też na dziedzińcu przy samym wejściu na teren Magicznych Ogrodów. Niedaleko stąd jest baaardzo duża strefa piknikowo-grillowa, gdzie można sobie zorganizować piknik na kocyku.

Jednym słowem w Magicznych Ogrodach nie umrzecie ani z nudów, ani z głodu. Znajdziecie tu wszystko co potrzebne do miłego spędzenia wolnego dnia całą rodziną. My za bilet rodzinny 3-osobowy zapłaciliśmy 100 zł. Trafiliśmy akurat na promocję rabatową. Nie bójcie się też, że cały dzień będziecie smażyć się w słońcu, bo jest tu sporo miejsc, gdzie można odpocząć w cieniu i przy wodzie, bo przez cały park płyną strumienie. Pomijając wszystkie te atrakcje, jest tu bardzo ładnie pod względem przyrodniczym, bo to nie tylko ogród pełen zabaw, ale i roślin.

Aha! Przy wejściu dostaniecie dużą ulotkę A4, a w niej mapa Magicznych Ogrodów, zadania do wykonania i miejsce na pieczątki do zbierania we wskazanych punktach. Za te pieczątki na końcu dostaje się Świadectwo wykonania misji. Fajna rzecz dla dziecka.

I jeszcze jedna rzecz. Na parkingu miejsca chyba nigdy nie brakuje. Jeden jest bezpośrednio przy wejściu, a drugi przy głównej drodze, jakieś 5 minut spacerkiem od Magicznych Ogrodów. Jest tak duży, że chyba nigdy na nim miejsca nie brakuje.

0

Joyfills!

Dawno nic nie testowaliśmy…

Ostatnio trafiliśmy do chrupiącej i smacznej kampanii Streetcom. Testujemy od dobrego tygodnia nowe przekąski Joyfills. Dostaliśmy cztery duże opakowania i 20 małych saszetek Joyfills Oreo i Milka.

66360022_458380714954501_1288618354919079936_n

Najbardziej zadowolona oczywiście była nasza M. Miała plan zjeść wszystkie w ciągu weekendu, ale ostudziliśmy jej zapędy 😉

66787345_464907630997583_2134547180734644224_n

Dzięki temu przekonaliśmy się, że Joyfills to smaczna i poręczna przekąska idealna zarówno dla dzieci jak i dorosłych. Fantastycznie sprawdza się „na sucho” do chrupania jak i jako dodatek np. do jogurtu czy mleka, a nawet lodów – zwłaszcza śmietankowych. Pycha!

66596284_322904148586126_7911218519579033600_n

Nasze cztery duże paczki stały się już wspomnieniem. Towarzyszyły nam w domu, na spacerze, na rowerze. A na przełomie lipca i sierpnia będą z nami znowu – w podróży nad morze i na plaży. To już pewne! 🙂

joyfill.png

Małe paczuszki rozdaliśmy w pracy i przedszkolu. Rozeszły się jak świeże bułeczki!

0

Gdzie na wakacje?

Nie macie jeszcze pomysłu gdzie spędzić wakacje? Podpowiemy Wam, gdzie warto się wybrać na jednodniową wycieczkę, weekend i dłuższy urlop. Nie będziemy się rozpisywać – chcemy przypomnieć Wam nasze wpisy z poprzednich lat z miejsc, które odwiedziliśmy z M.

the-suitcase-811122_1920.jpg

My w tym roku ruszamy nad morze 🙂

W Tatry mieliśmy jechać i w tym roku na wiosnę. Pierwszy raz w kwietniu, ale akurat w planowanym terminie wróciła zima w górach, więc zrezygnowaliśmy… Później zaplanowaliśmy urlop w drugiej połowie maja. Znowu nie wyszło, bo było załamanie pogody – wichury i ulewy. Trzeci raz próbowaliśmy w czerwcu, ale znowu z powodu złych prognoz nie pojechaliśmy. Mamy nadzieję, że uda nam się w końcu we wrześniu… W planach mamy m.in. zdobycie pieszo Kasprowego Wierchu 🙂

Mazury, Kraków, Szwecja

Zorientowaliśmy się, że nie mamy na blogu wpisów z wcześniejszych naszych wakacji – przed 2 urodzinami M. To nie znaczy, że nigdzie nie jeździliśmy.

Pierwszy raz zabraliśmy M. na wakacje na Mazury, a dokładnie do Rynu. Miała wtedy 3 miesiące. Mieszkaliśmy w domku w ośrodku „Wichrowe Wzgórza” nad Jeziorem Ryńskim (aktualnie ośrodek jest przejęty przez szkołę żeglarską) i pływaliśmy żaglówką 🙂 Spędziliśmy tam urocze cztery dni na początku sierpnia. Cisza, spokój, dwa jeziora, zamek. Cudownie! Tak cudownie, że miesiąc później znowu tam pojechaliśmy na kilka dni i zaliczyliśmy udział w regatach przy okazji 🙂 I jeszcze rok później znowu. Polecamy Wam Ryn na wypad z dzieciakami.

Jeśli wybieracie się w okolice Trójmiasta, to możemy Wam polecić wycieczkę promem Stena Line do Szwecji. Najlepsza opcja to jest nocny rejs do Szwecji, jeden dzień w uroczej Karlskronie i nocny rejs do Gdyni. Fajna przygoda 🙂

Po pierwszych urodzinach byliśmy też z M. w Krakowie na kilka dni. Pobyć trochę w naszym studenckim mieście. Byliśmy z nią w ZOO, które zrobiło na niej ogromne wrażenie, na Wawelu i na Kopcu Piłsudskiego. Oczywiście codziennie byliśmy na Rynku Głównym i Kazimierzu 😉

Dwa lata temu byliśmy też nad morzem jesienią. Wakacje spędziliśmy na zachodnim wybrzeżu, a na początku października pojechaliśmy z M. na kilka dni do Władysławowa i… Jeśli opalanie się nie jest dla Was nad morzem priorytetem, to uwierzcie nam – warto tam jechać jesienią! Plaże, morze i miasteczka latem nie są tak cudne i piękne jak jesienią! Polecamy polskie morze jesienią 🙂

0

500+ dla każdego

Po wakacyjnych wpisach, czas na powrót do rzeczywistości i aktualnych tematów. Mijający tydzień zdominował temat „500+” w nowej formule, w której pieniądze dostaną wszystkie dzieci, a nie jak do tej pory drugie i kolejne. Naszym zdaniem była to duża niesprawiedliwość wobec jedynaków i dzieci najstarszych wśród rodzeństwa.

Dlatego cieszymy się, że rząd postanowił dać „500+” również tym jedynym i pierwszym dzieciom. Czy skorzystamy? Tak. Złożyliśmy wniosek przez internet. Dlaczego? Nie dlatego, że brakuje nam pieniędzy na potrzeby córki. Pieniądze będą trafiać co miesiąc na konto M. Założyliśmy jej konto w banku niedługo po urodzeniu. Trafiają na nie pieniądze, które dostała na chrzciny, na urodziny czy przy innych okazjach. Każde z nas co miesiąc po przelewie z pracy, wysyła na jej konto jakąś kwotę. Teraz zasilać to konto będzie też „500+”. Pieniądze te nie są jej potrzebne teraz, ale nigdy nie wiadomo co będzie później…

money-256281_1920

Czy za parę lat będzie nas stać na dodatkowe zajęcia, dobre studia, wakacje dla niej i inne potrzeby. Jeśli będzie nas stać, to nadal suma na koncie będzie sobie rosnąć, a M. skorzysta z niej kiedy będzie potrzebować większej gotówki. Może na auto? Może na mieszkanie? Może na studia? A może po prostu „na życie”? Dzisiaj trudno to przewidzieć, ale pewne jest jedno – na pewno te pieniądze kiedyś jej się przydadzą.

A Wy? Złożyliście już wniosek? Przypominamy, że można to zrobić od 1 lipca drogą elektroniczną, a od 1 sierpnia będzie można składać wnioski papierowe. Złożone wnioski do 30 września otrzymają wyrównanie za trzy miesiące. 

TUTAJ macie artykuł Ministerstwa z informacjami jak i gdzie złożyć wniosek on-line 🙂

 

0

Spokojna podróż z przedszkolakiem

Wakacje… Wiążą się one nie tylko z zabawą, ale i wyjazdami, podróżami. Kiedy są krótkie, nie jest to większy problem i wyczyn, ale jak je zaplanować, gdy czeka nas kilkugodzinna jazda? Nie wiemy jak robią to inni, napiszemy Wam jak robimy to my 🙂

Kiedy czeka nas długa podróż, to planujemy ją chociaż częściowo nocą. Tak jak dawniej. Sprawdza się to u nas od niemowlęctwa M. 🙂 My w ogóle lubimy podróże nocą nie tylko ze względu na M., bo kiedy jeszcze jej z nami nie było też jeździliśmy w dłuższe trasy nocą. Ma to same zalety! Zyskujemy dodatkowy dzień wakacji, unikamy korków i dużego ruchu na drogach, upałów itp. Jedzie się spokojnie, miło i przyjemnie, a do tego w radiu puszczają nocą same fajne kawałki, których w dzień raczej nie słychać…

Przygotowania

Po pierwsze – planowanie. Staramy się zacząć trasę tak żeby zostało nam ok. 2 godzin podróży maksymalnie, po przebudzeniu córki. Dzień poprzedzający wyjazd planujemy tak żeby nieco wcześniej niż zwykle położyć się spać – zwłaszcza tato M., który prowadzi auto. Mama M. zawsze może zdrzemnąć się w podróży odrobinę. Kiedy jedziemy naprawdę daleko i wyruszamy już o północy lub wcześniej, to planujemy trasę tak żeby zrobić przynajmniej godzinny postój na odpoczynek.

volkswagen-569315_1920.jpg

Mama M. wyprawę zaczyna wcześniej. Budzi się pierwsza i szykuje wrzątek do termosu, pojemniki z kawą i herbatą, kanapki, tabliczkę czekolady i inne przysmaki dodające energii 😉 W aucie są cały czas w zasięgu ręki. Oczywiście szykuję też jedzenie dla M. Do tej pory była to obowiązkowo kasza, chrupki, żelki, bułka itp. rarytasy oraz woda w butelce. Teraz odpada kasza, bo M. od tygodnia jej nie je, więc pewnie będę musiała zastąpić ją kanapką z margaryną, która jest jej ulubionym daniem śniadaniowym… To przekąski, które ratują sytuację kiedy nudzi się.

W drogę!

M. ubieramy przed snem w wygodne leginsy i bluzkę, a nie pidżamę wyjątkowo. Na śpiocha przenosimy ją z łóżka do fotelika i ruszamy w trasę. Kiedy obudzi się nad ranem obserwujemy co dzieje się za oknem i szukamy stacji, na której zatrzymujemy się na poranną toaletę. Obowiązkowo! I ruszamy dalej. W międzyczasie jemy śniadanie, oglądamy otaczającą nas przyrodę – bo miastami i wioskami mało kiedy zdarza się teraz już jeździć…

W ostatnich miesiącach M. fascynuje się znakami drogowymi, więc szukamy znaków, ona mówi co oznaczają te, które zna, a my uczymy ją kolejnych. Zwraca uwagę na wszystko co dzieje się na drodze i obok, bawi się w nawigatora taty szukając drogi na mapie, którą zawsze ma w kieszonce przed swoim fotelikiem.

stop-634941_1920.jpg

A jak już jej się to znudzi, to sięgamy po książeczki do czytania i oglądania. Albo mama jej czyta albo ona mamie opowiada co jest na obrazkach wymyślając historyjki. Jak nie to, to w ruch idą zawsze obecne w aucie kredki i blok rysunkowy albo maskotki, które wszędzie z nami jeżdżą. Mamy też karty ze zwierzętami z całego świata. No i słuchamy radia. Cały czas, a jak leci jakaś ulubiona „muza” M., każe zrobić tacie głośniej, śpiewa, nuci i tańczy 🙂 W naszym aucie jest wesoło!

W tym roku zainwestujemy też chyba w jakąś planszówkę z magnesami, bo ostatnio M. nauczyła się grać w gry planszowe i pokochała je. Może macie coś do polecenia ciekawego? 🙂

Najgorsze są momenty kiedy nudzi się i pyta: „mamo, daleko jeszcze?” Jak nie znajdzie sobie zajęcia, to potrafi tak co PIĘĆ minut! Dlatego staramy się, by miała zajęcie 🙂

A tutaj znajdziecie nasze sposoby na spokojną podróż z dwulatkiem: Przetrwać podróż z dwulatkiem

0

Bezpieczne wakacje nad morzem

I oto nasza druga część poradnika dotyczącego bezpieczeństwa nad wodą. Ogólne zasady przekazaliśmy Wam wczoraj (Bezpieczne wakacje nad wodą). Dzisiaj chcemy skupić się na pobycie nad morzem i nie będą to rady dotyczące zabaw w wodzie, bo te są takie same jak przy innych zbiornikach wodnych. Zwracamy uwagę na znaki, stosujemy się do wskazówek ratowników, pilnujemy dzieci i siebie nawzajem itp. itd.

21171151_1544001338999169_779698427_o

Nadomorskie plaże były już nie raz i nie dwa, miejscem dramatycznych zdarzeń, zaginięć. Dlatego my co roku jeszcze przed wyjazdem nad morze zaczynamy z M. rozmowy o tym, że morze jest super, ale jest też niebezpieczneWprost, bez owijania w bawełnęOkreślamy jasne, twarde zasady, które przypominamy jej każdego dnia wychodząc na plażę, od 1 roku życia. Mówimy, że jak jest czerwona flaga to absolutnie nie wchodzimy do wody choćby się bardzo chciało 🙂

Jak jest biała flaga to wchodzimy, ale nie głęboko i tylko pod opieką mamy lub taty, i tylko na chwilę, a później odpoczywamy na ręczniku, robimy spacery wzdłuż plaży i zbieramy muszelki i kamyczki. Budujemy zamki i babki z piasku, kopiemy baseniki itp. A później znowu na chwilę do wody. U nas sprawdza się to wszystko bezbłędnie. Nie ma płaczu ani krzyku – chyba, że radości 😉 

A dla uparciucha warto wziąć na plażę mały, dmuchany basenik 🙂

21191245_1544001362332500_966369213_o

Co dalej? Nie radzimy straszyć dzieci ratownikiem jako tym, który zabierze je, ukarze itp.  Codziennie po przyjściu na plażę (koniecznie!) pokazujemy dziecku gdzie są ratownicy, jak wyglądają i mówimy, że gdyby się zgubiło albo coś by się działo to od razu do nich ma lecieć z prośbą o pomoc.

Poza tym warto założyć dziecku opaskę na rękę z numerem telefonu albo ten numer zapisać np. na ręce długopisem. UWAGA!!! Czy to na skórze, czy na opasce nie piszcie imienia dziecka! Jeśli Wasze dziecko zgubi się i trafi na człowieka o złych zamiarach to, to zapisane imię pogorszy sytuację dziecka, bo porywacz/gwałciciel/morderca wzbudzi dziecka zaufanie mówiąc do niego po imieniu… I dziecko z dużym prawdopodobieństwem pójdzie za nim ślepo, wierząc, że chce pomóc.

Jeśli zapisujecie długopisem na ręce numer telefonu do siebie, to po wyjściu z wody poprawiajcie go w razie potrzeby. Dobrze jest też po wejściu na plażę zrobić dziecku zdjęcie żeby w razie czego pokazać ludziom kogo szukamy, w jakim stroju itp.

Ale najważniejsze jest to, by poświęcić 100 procent uwagi dziecku, bo tego nic nie zastąpi. Jeśli jeden rodzic chce się położyć poopalać, drugi nie spuszcza z oczu dziecka – ustalamy to za każdym razem. Jeśli rodzic z dzieckiem idzie na spacer, do toalety lub wchodzi do wody, to informuje drugiego rodzica o tym. To też ważne! Bardzo! Bo jak nagle znikają z zasięgu wzroku, to nie wiadomo co się z nimi stało i gdzie ich szukać…

Dla uzupełnienia podajemy Wam linki do naszych zeszłorocznych artykułów dotyczących bezpieczeństwa nad morzem. O tym nigdy za wiele…

0

Bezpieczne wakacje nad wodą

Mama M. pisała ostatnio artykuł o pracy ratowników WOPR. Jeden z jej rozmówców, doświadczony ratownik, podzielił się z nią dobrymi radami dotyczącymi bezpieczeństwa nad wodą. Skoro my już tę wiedzę posiadamy, to podzielimy się nią również z Wami, bo jak co roku tak i w tym, sezon utonięć trwa w najlepsze…

Miesiąc temu w naszych rodzinnych stronach utopiła się 2-letnia dziewczynka. Wiecie gdzie i dlaczego? W małym, dmuchanym baseniku postawionym na podwórku, kiedy została na kilka krótkich chwil bez mamy, która na moment weszła do domu. UWAŻAJCIE NA SWOJE DZIECI!

Żeby doszło do tragedii nie potrzbujemy głębokiego basenu, wysokiej fali, rwącego nurtu, ruchliwej ulicy ani zboczeńca grasującego w okolicy. Najbardziej niebezpieczny jest brak uwagi rodzica lub opiekuna. Niestety 😦

A teraz do rzeczy. Jak bezpiecznie odpocząć nad wodą?

life-belt-498453_1920.jpg

Najczęstszymi błędami popełnianymi nad wodą jest lekceważenie zagrożeń, które mogą nas spotkać w wodzie po spożyciu alkoholu oraz pływanie w miejscach z zakazem kąpieli, brak ochrony przed słońcem, a nad morzem lekceważenie fal. Najbezpieczniejsza jest kąpiel w miejscach oznakowanych i pod nadzorem WOPR lub Policji Wodnej. Jednak obecność ratowników nie zwalnia z odpowiedzialności, przestrzegania regulaminu kąpieliska i pewnych zasad.

Pamiętajmy, że czerwona flaga oznacza zakaz kąpieli, a brak flagi wiąże się z nieobecnością ratowników. Rodzice na strzeżonych kąpieliskach powinni czuwać nad zabawą swoich dzieci w wodzie, nawet jeśli one potrafią pływać. Jedno zachłyśnięcie może skończyć się utonięciem – jak nie na miejscu, to tzw. „suchym utonięciem” kilka, kilkanaście godzin później we własnym łóżku. Małe dzieci po zachłyśnięciu wodą powinny być konsultowane z lekarzem.

child-playing-in-water-885298_1920.jpg

Jeśli temperatura wody jest niższa niż 14 stopni Celsjusza powinno się zrezygnować z pływania. Podobna zasada obowiązuje w czasie burzy, mgły i porywistego wiatru. Nie wolno też skakać do wody, gdy skóra jest nagrzana przez słońce. Lepiej przed skokiem skorzystać z prysznica lub ochlapać się w wodzie, aby uniknąć szoku termicznego, skurczu lub omdlenia w wodzie, co może skończyć się utonięciem.

W przypadku skoków trzeba pamiętać też o tym, by nie skakać w miejscach nieznanych, kiedy nie wiadomo jaka jest głębokość wody i ukształtowanie dna. To może skończyć się śmiercią lub kalectwem. Zakazane jest też wypływanie na głęboką wodę na materacu lub innych dmuchanych zabawkach oraz pływanie po zmroku.

Niewskazane jest też zbyt długie przebywanie w wodzie, a po powrocie z wody trzeba się osuszyć i przebrać w suche ubranie. A co jeśli ktoś w pobliżu topi się? Jeśli w okolicy jest ratownik wzywamy go machając wyciągniętymi rękami nad głową. Jeśli ratownika nie ma to dzwonimy na 601 100 100, podajemy swoje nazwisko, miejsce zdarzenia, ilość osób poszkodowanych i nie przerywamy rozmowy z dyżurnym. Jeżeli nie mamy odpowiednich umiejętności nie wchodzimy do wody pomagać tonącemu. Jedyne co możemy zrobić to starać się podać lub rzucić tonącemu coś, co utrzymuje się na wodzie. A kiedy pomoc nadejdzie nie przeszkadzajmy osobom, które udzielają pomocy, nie komentujmy ich działań.

Na dzisiaj to wszystko, ale to tylko pierwsza część. Wkrótce druga, w której podpowiemy Wam jak bezpiecznie odpocząć nad morzem.

 

0

Koniec roku szkolnego

Zaczęły się wakacje… Nie wiedzieliśmy, że ich początek może tak cieszyć nawet przedszkolaka z najmłodszej grupy 😉 Najbardziej z powodu leżakowania, którego teraz nie będzie przez dwa miesiące 😀

Ale jak wakacje, to koniec roku szkolnego. Z tym wydarzeniem wiążą się pewne „zjawiska”. W szkołach i przedszkolach żegna się ostatnie klasy, które kończą pewien etap edukacji. Pożegnania te to okazja do wspomnień, podsumowań i… prezentów. Choć nie tylko w ostatnich klasach…

bouquet-1246848_1280.jpg

Dzieci w przedszkolu naszej M. na koniec roku szkolnego dostały dyplomy ukończenia I grupy i Ptasie Mleczko! Każde dziecko 🙂 My jako rodzice paniom nic nie kupowaliśmy, bo de facto, będą nadal uczyć i opiekować się naszymi dziećmi przez kolejne lata. Wiemy jednak, że zarówno w przedszkolach jak i szkołach panuje przekonanie, że na koniec roku nauczycielom należy kupić prezent. Po kwiatku, czekoladzie? OK. W sumie czemu nie, za rok cierpliwości i pomocy w nauce. Można, ale coraz częściej pojawiają się informacje, że klasy składają się na drogie smartfony, biżuterię itp., bo kwiatka dawać nie wypada…

Ktoś puścił plotkę, że tego oczekują nauczyciele… Znamy ich kilkoro. Nie mają takich oczekiwań. Są wdzięczni za każdy drobny kwiatek czy czekoladę, ale każdy inny prezent wiąże się u nich z negatywnymi uczuciami. Nie lubią ich dostawać, zastanawiają się czy powinni przyjmować. To trudne momenty dla nich. I powiedzmy sobie szczerze, drogie prezenty dawane na koniec roku, a nie zakończenie szkoły w ogóle, to nie jest wyraz sympatii tylko próba „kupienia” nauczyciela przez rodziców. Chodzi o to, żeby nauczyciel grał po wakacjach tak jak mu rodzice będą dyrygować.

My w to nie wchodzimy. My takim trendom mówimy stanowcze „NIE” i już zapowiedzieliśmy, że jeśli takie pomysły kiedyś pojawią się w klasie czy grupie M., to nasza córka będzie dawać prezenty indywidualne, a nie grupowe czy klasowe.

0

Konkurs Canpol Babies

Dziękujemy Wam, że cały czas jesteście z nami!!! Cieszy nas każda kolejna informacja o tym, że lubicie nasze wpisy, że nas obserwujecie. Dziękujemy!!!

Chcielibyśmy Wam odwdzięczyć się konkursem 🙂 Dlatego po przerwie, zgłaszamy się do Blogosfery Canpol Babies, z nadzieją, że już za kilka dni będziemy mogli ogłosić konkurs dla Was!!! A do wygrania w nim byłyby dwa cudowne i urocze zestawy dla maluszków, takich jak na poniższym obrazku.

blogosfera.jpg

Sami chętnie taki zestaw przygarnęlibyśmy. Nasza M. już wyrosła teoretycznie z takich gadżetów, ale też jej się podobają 😉

OK, w takim razie. My się zgłaszamy do organizacji konkursu, a Wy… Trzymajcie kciuki, żeby Blogosfera Canpol Babies, wybrała właśnie nas! 🙂

logo1

0

Marchewkowe ciasto FIT!

W ramach rekompensaty za naszą długą nieobecność, mama M. podzieli się z Wami swoim najnowszym przepisowym odkryciem. To zdrowe i pyszne ciasto bez mąki i cukru!

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Składniki:

– 3,5 szklanki startej marchwi (około 400 g)
– 1,5 szklanki płatków owsianych górskich ( około 150 g)
– 4 jajka
– 3 łyżki prawdziwego miodu lub 5 łyżek ksylitolu
– 2 łyżki oleju rzepakowego lub oliwy z oliwek
– 3 łyżeczki proszku do pieczenia
– 1 łyżeczka cynamonu
– 3 goździki
– szczypta imbiru
– szczypta soli
– 2 garście orzechów włoskich (około 60-70 g)

Sposób przygotowania:

1. Marchew obieramy i trzemy na tarce o drobnych oczkach.
2. Płatki owsiane mielimy na mąkę za pomocą blendera.
3. Białka oddzielamy od żółtek i ubijamy na sztywną pianę z odrobiną soli oraz kogel mogel bez cukru.
4. Mieszamy dokładnie pianę i kogel mogel aż się połączą.

5. Partiami dodajemy startą marchew i mieszamy.
6. Następnie dodajemy cynamon, imbir, proszek do pieczenia i partiami zmielone płatki owsiane.
7. Goździki tłuczemy tłuczkiem/młotkiem w worku i dodajemy do masy.
8. Orzechy włoskie traktujemy tak samo jak goździki.
9. Dodajemy 2 łyżki oleju oraz miód/ksylitol i wszystko dokładnie mieszamy.

10. Blachę wykładamy papierem do pieczenia.
11. Piekarnik nastawiamy na 160-170 stopni i pieczemy godzinę.
12. Po godzinie wyłączamy i uchylamy piekarnik. Zostawiamy ciasto jeszcze ok. 30 minut.

0

Strajk nauczycieli

Nie było nas naprawdę dłuuugo.

Wytłumaczenie mamy jedno – praca, obowiązki i totalny brak czasu. Ale teraz może być lepiej 🙂 Dni są coraz dłuższe, więc wszystko stało się odrobinę łatwiejsze.

No, prawie wszystko… Pierwszy dzień strajku nauczycieli za nami. Jak to było u Was? U nas praktycznie wszystkie szkoły i przedszkola puste i „zamknięte”. Dom kultury i ośrodek sportu u nas przygotował zajęcia dla uczniów, ale nikt z nich nie skorzystał. Dzieci zostały w domach pod opieką rodziców. Tych, którzy i tak nie pracują, którzy pracują w domu, którzy wzięli urlop albo opiekę na dziecko, bo taka przysługuje każdemu rodzicowi dziecka do 8. roku życia w przypadku zamknięcia szkoły czy przedszkola. W przypadku opieki – rodzic dostaje 80% wynagrodzenia za każdy dzień.

Część dzieciaków została z dziadkami, starszym rodzeństwem, kuzynostwem. Niektórzy rodzice organizowali tzw. „samopomoc”, czyli do jednego domu zjeżdżało się kilkoro dzieci i wspólnie spędzały czas pod opieką jednego z rodziców. Sposoby są różne. Nam osobiście najbardziej spodobało się podejście prezydenta Radomia, który powiedział, że pracownicy UM mogą w czasie strajku zabierać dzieci ze sobą do pracy. Niektóre firmy zapewniły u siebie opiekę dla dzieci na czas pracy ich rodziców. Świetne rozwiązanie! Nam bardzo się podoba 🙂

U nas wygląda to tak, że M. jest w domu pod opieką taty, który wykorzystuje zaległy urlop w te dni kiedy godziny naszej pracy nakładają się. Na szczęście pogoda sprzyja póki co, więc nie ma mowy o nudzie. Karmimy kaczki, chodzimy na spacery, nad jezioro i na plac zabaw. Spędzamy miło czas 🙂

A jeśli chodzi o nasze podejście do strajku to… Popieramy, ale mamy nadzieję, że nie będzie  on przeciągał się zbyt długo, bo wszystko ma swoje granice. Kilka dni? Tydzień? Dwa? OK. Ale według nas dłuższy strajk nie ma sensu i odbije się negatywnie na nauczycielach. Rodzice w końcu powiedzą im: „dość, wracać do klas”, bo ileż można siedzieć w domu za 80% pensji w ramach walki o czyjeś podwyżki? Urlop też ma określony wymiar i raczej rodzice nie będą go z wyrozumiałością wykorzystywać w pełni dla korzyści nauczycieli. Wszystko ma swoje granice. Mamy nadzieję, że uda się wypracować jakiś sensowny kompromis w miarę szybko.

student-2052868_1920

0

Nagrody z kalendarzy

Ciekawi jesteśmy czy skorzystaliście z kalendarzy adwentowych z konkursami, które Wam poleciliśmy.

A my możemy się pochwalić! Bo wzięliśmy udział w kilku konkursach i wygraliśmy trzy nagrody 🙂

  1. Zestaw małego turysty o atrakcjach Podkarpacia: puzzle, książeczki, kolorowanki

50907005_288993598458978_7108499525777489920_n

2. Od Bobini zestaw bajek na DVD z nosem klauna do kompletu

50589176_358218421668515_3188893065569894400_n.jpg

3. Zestaw ciuchciaków od MjakMama 🙂

50519247_322888881662594_2374078988596281344_n

Wszystko dla M. W tym roku Mikołaj i Gwiazdka, spełnili wszystkie jej marzenia i dorzucili jeszcze niespodzianki konkursowe 🙂

0

Refleksja. Dla każdego…

Dzisiaj mama M. chciałaby podzielić się z Wami pewną refleksją. Będzie ona dotyczyć mówiąc krótko – doświadczenia.

Kiedy byłam na studiach za cel na te 5 lat obrałam sobie zdobycie doświadczenia zawodowego. Nie chodziło rzecz jasna o to żeby pracować i zarabiać. Nie to było moim priorytetem. Najważniejsza była dla mnie możliwość obcowania z zawodowcami, podglądanie ich w pracy i uczenie się od nich. Nie pracowałam w zawodzie, bo nie miałabym szans pracować z najlepszymi, a taki był mój plan. Dlatego pracowałam jak typowa studentka: jako hostessa lub przedstawiciel handlowy. Z tego miałam pieniądze, a z bezpłatnych prakty i staży – doświadczenie, wiedzę i… znajomości.

connect-20333_1920.jpg

Rodzice i znajomi w pewnym momencie zaczęli mówić mi, że jestem naiwna, że nie powinnam pracować za darmo, że przecież za pracę powinny być pieniądze nawet jeśli praca jest pasją… Ja jednak robiłam swoje. Pod koniec studiów weszłam do zespołu prowadzonego przez eksperta, który tworzył nowy projekt. Pracowałam z nim ponad rok za darmo. Od czasu do czasu dostawałam jakąś nagrodę pieniężną za osiągnięcia w ramach projektu. To, co robiłam było widoczne rynku. Efekt był taki, że zaraz po odebraniu dyplomu magisterskiego, dostałam propozycję pracy w innym miejscu, w moim zawodzie. W miejscu, gdzie ustawia się kolejka ludzi z CV. Ja nie składałam CV – mi pracę zaproponowano. Przyjęłam ją żegnając się z projektem, w którym byłam praktykantką. Pracowałam cztery lata.

Później urodziła się M. Byłam na urlopie macierzynskim, przeprowadziłam się do innego miasta, odeszłam z dotychczasowej pracy i wtedy… Odezwała się do mnie znajoma, którą poznałam pracując przy poprzednim projekcie. Zaproponowała mi bardzo dobrze płatną pracę zdalną z domu. Przyjęłam ją, bo okazało się, że godząc pracę z wychowywaniem dziecka, mam szansę dobrze zarobić! Spełniałam się, realizowałam, byłam zadowolona.

W końcu dostałam pracę stacjonarną. Nowa praca, nowe wyzwania, ale nadal „dorabiałam” sobie współpracując ze znajomą na zasadzie dodatkowych zleceń. Później ona zmieniła pracę, więc zostałam tylko z pracą stacjonarną, ale nie na długo, bo odezwała się do mnie z nowej firmy, z nową propozycją pracy zdalnej. Musiałam przejść szkolenie, nabyłam nową umiejętność, miałam okazję rozwinąć się i współpracujemy. Mam satysfakcję i pieniądze.

Niedawno też odezwał się znajomy – ekspert od projektu, w którym byłam pod koniec studiów, zanim zaczęłam pierwszą zawodową pracę. Wtedy pracując z nim nic nie zarabiałam. Teraz dostałam dobrą stawkę za pracę zdalną, z domu, którą mogę nadal spokojnie godzić z pracą, wychowaniem dziecka, mężem oraz współpracą ze znajomą.

 

Po co Wam to piszę? Bo właśnie sobie uświadomiłam, że moja studencka „naiwność” właśnie zaczęła procentować. Doświadczenie i znajomości, które zdobyłam, teraz zaczynają owocować i przynosić korzyści finansowe. Chciałabym z tym przekazem trafić do rodziców studentów, nastolatków z pasją i do nich samych. Pracujcie na swój sukces od początku swojej ścieżki zawodowej, czyli od studiów. A Wy rodzice, nie podcinajcie dzieciom skrzydeł oceniając ich zaangażowanie i chęci, jako naiwność. Pieniądze to nie wszystko. Pieniądze przyjdą z czasem.

adventure-1807524_1920.jpg

0

Maść majerankowa

Tak, maść majerankowa. Znacie ten specyfik?

My poznaliśmy tą maść jak urodziła się M. Miała prawie pół roku jak dostała pierwszy raz kataru i wtedy znajoma nam powiedziała o tej maści. Poleciła nam ją do smarowania pod nos. I tak ją stosowaliśmy, a jak mówiliśmy o tym pediatrze, to lekarz machał ręką z uśmiechem na twarzy dając nam do zrozumienia, że to nic nie daje…

ALE! Po weekendzie powątpiewamy w wątpliwości lekarzy. W sobotę rano poszliśmy na sanki, bo sypnęło porządnie śniegiem. Po południu mama M. zaczęła kichać, a z nią M. W nocy pojawił się katar, a w niedzielę we dwie zużyły całe opakowanie chusteczek – 150 sztuk. To była bardzo ciężka niedziela, ale poza inhalacjami i herbatą z lipy z miodem i cytryną lub sokiem malinowym oraz herbatką z rumianku, nic nie brały. Do wieczora. Wieczorem była gorąca kąpiel stóp w wodzie z solą, a przed snem… Mama M. przypomniała sobie o maści majerankowej… W ciągu dnia była używana dwa razy pod nos.

Użyła ją u siebie i u M. pod nosem, po bokach nosa i na zatoki robiąc przy okazji masaż, który rozgrzał skórę. Obie przespały noc bez kataru, a rano w zasadzie katar zniknął!

Inhalacje przy katarze stosuje się u nas zawsze. Katar trwa minimum 7 dni. herbatki ziołowe z dodatkami zawsze stosujemy. Na efekty leczenia ziołowego czekamy 2-3 dni albo sięgamy po leki… Gorąca kąpiel z solą? Też praktykowaliśmy już wcześniej bez natychmiastowych efektów, ale maść mama M. w ten sposób użyła pierwszy raz i katar zniknął po jednym dniu.

Przypadek? Możliwe, ale nigdy w naszym domu katar nie trwał jeden dzień 🙂 Dlatego my będziemy polecać maść majerankową na katar z czystym sumieniem i przekonaniem, że to cudowny lek na sprawy nosowe 🙂 Ale nie tylko pod nos! Od dziś smarujemy też zatoki i boki nosa do rozgrzania skóry.

Bądźcie zdrowi! 🙂

cold-1972619_1920.jpg

0

Nowa dieta dla mnie

Słuchajcie! Wymyśliłam 🙂

Nie wyobrażam sobie wielu dni pod rząd jedząc wyłącznie warzywa bez ziemniaków i fasoli oraz jabłka, cytrynę i kiwi. To jednak nie dla mnie. I doskonale pokazały to te trzy dni. Jednak nie chcę zupełnie odbierać sobie szansy na uzdrowienie poprzez zmianę sposobu żywienia.

vegetable-juices-1725835_1920.jpg

Poczytałam trochę o poście dr Ewy Dąbrowskiej i okazało się, że wersja 7-42 dni maksymalnie 2 razy do roku z półroczną przerwą to tylko jedna z opcji! A jest ich wiele. Można np. robić post przez 1-2 dni co tydzień przez rok. I dla mnie to jest idealna opcja!

Postanowiłam, że będę pościć każdego tygodnia jeden lub dwa dni. W pozostałe dni będę jeść wszystkie warzywa i owoce, jajka, ryby (tzn dorsza, bo tylko ten mi smakuje) i nieco nabiału oraz ciemne pieczywo. Raz w miesiącu pozwolę sobie na mięso z indyka, makaron i ryż. Choć te będę starała się wybierać raczej ciemne niż jasne. Znajdę też w kalendarzu dni na „rozpustę”, czyli odrobinę słodkości w menu – domowe ciasteczka zbożowe czy sernik.

Postu ciągłego, długotrwałego spróbuję za kilka miesięcy jak będą świeże warzywa i owoce oraz SŁOŃCE! Ot, takie mam postanowienie 🙂

0

Nowy rok, nowa ja?

Zaczął się ten 2019 rok. Mama M. dzisiaj o sobie i swoich postanowieniach – słów kilka. A właściwie to o postanowieniu.

Od kilku lat mam problemy hormonalne. Do tej pory radziłam sobie krótkimi kuracjami hormonalnymi i ziołami na co dzień. Wraz z nowym rokiem postanowiłam leczyć się zmianą diety. 1 stycznia zaczęłam post dr Dąbrowskiej.

vegetable-skewer-3317060_1920.jpg

Mówiąc najprościej polega on na tym, aby przez 7-42 dni jeść tylko warzywa i niektóre owoce dostarczając organizmowi 600 kcal dziennie. Pierwszy dzień minął mi całkiem dobrze i znośnie, bo byliśmy w domu. Na śniadanie zjadłam sałatkę grecką bez fety i oliwek, na drugie śniadanie koktajl z jarmużu, szpinaku, kiwi i kilku jagód – na wodzie, na obiad barszcz czerwony, a na podwieczorek jabłko. Piłam mieszkankę ziół i pokrzywę. Herbatę i kawę odstawiłam zgodnie z zaleceniami.

Drugiego dnia na śniadanie wypiłam koktajl na wodzie jak dnia poprzedniego. Do pracy wzięłam sałatkę grecką tak jak poprzedniego dnia i jabłko. Na obiad skończyłam wczorajszy barszcz, a na wieczór zjadłam jabłko. Od południa lekko bolała mnie głowa i czułam się osłabiona, o 18.00 zasypiałam już na siedząco…

Trzeciego dnia, czyli dziś. Na śniadanie dojadłam barszcz. Do pracy wzięłam jabłko i sałatkę, a na obiad zrobiłam sobie duszoną kapustę z ziołami. Od rana bardzo bolała mnie głowa, byłam śpiącą, spowolniona i nawet jak siedziałam miałam wrażenie, że zemdleję… Robiło mi się słabo. Nie chciałam brać leków, bo nie są zalecane. Ciepła mięta nie pomogła, jabłko i sałatka nie pomogły, butelka wody nie pomogła. W końcu wzięłam tabletkę na ból głowy. Później pożyczyłam banana z naszej socjalnej kuchni – jest zakazany na poście, ale wiem, że szybko stawia na nogi – bojąc się, że zaraz padnę na oczach wszystkich, bo było już bardzo słabo i źle ze mną. A musiałam jeszcze mieć siłę, aby odebrać M. z przedszkola i zająć się nią do 22.00, bo dopiero wtedy tato M. wraca z pracy…

eat-547511_1920.jpg

Trochę dodało mi to sił. Na tyle żeby dotrwać do 15.00 i odebrać M. z przedszkola. Po powrocie do domu bojąc się o to co ze mną się dzieje, do kapusty dodałam sobie ziemniaki – zabronione na poście ze względu na zawartość skrobi. Zjadłam kostkę czekolady, a M. dokarmiła mnie kawałkiem kotleta z indyka. I w końcu poczułam się dobrze…

Po obiedzie, kiedy M. oglądała bajkę, przemyślałam sobie poprzednie dwa dni. Co poszło nie tak?! Wyliczyłam, że nie jadłam 600 kcal dziennie tylko mniej – pewnie ok. 400 kcal. Gdybym leżała te dni w domu to pewnie byłoby ze mną lepiej, ale dla pracującej osoby to zdecydowanie za mało. Doszłam do wniosku też, że brakowało mi świeżych soków z warzyw, a tych nie mam jak robić w domu, bo nasza sokowirówka gdzieś przepadła… A poza tym zima to nie jest najlepszy czas, by zaczynać…

Myślę teraz nad inną opcją zmiany diety.

A Wy? Macie jakieś doświadczenia z postem dr Dąbrowskiej?